Pierwszy start w Katowicach i pierwszy w 2020 roku. Miałem nadzieję na mocne otwarcie sezonu, ale początku gorszego nie wyobrażałem sobie nawet w koszmarach. Tak zaczął się dla mnie Silesiaman Triathlon na dystansie 1/4.
Silesiaman Triathlon 2020 — wyniki w skrócie
- pływanie: 40 minut i 162. miejsce,
- rower: 1:20:44 samej jazdy, średnio 32,6 km/h,
- bieg z T2: 48:58, średnie tempo 4:34 min/km,
- meta: 94. miejsce w klasyfikacji generalnej.
Silesiaman Triathlon okiem Oli
W dzień zawodów na chwilę tracę męża, a moje dzieci tracą ojca i mam trochę więcej rzeczy na głowie. W dzień zawodów walczę z sobą i swoim egoizmem. Walczę o to, by nie narzekać, nie zadawać pytań, nie poruszać żadnych innych kwestii. Po prostu być.
Silesiaman Triathlon 1/4: przed startem

Pierwotnie byłem zapisany na 1/2, ale z kilku względów zmieniłem dystans. Patrząc na to, co wydarzyło się podczas pływania, była to dobra decyzja. Odbiór pakietu i przygotowanie stanowiska w strefie zmian poszły sprawnie. Nie było koszyków na rzeczy, lecz najważniejsze, że w pandemicznym sezonie zawody w ogóle się odbyły. Za to ekipie Silesiaman Triathlon należały się podziękowania.
Pływanie na Silesiaman Triathlon
Idąc z rana na start, minęliśmy „szambiarkę” z Katowickich Wodociągów, podjeżdżającą pod jedną z restauracji… coś tam śmierdziało. Śmiałem się z Olą, że pewno wleją to do stawu, w którym będziemy pływać… Chciałbym się mylić… ale pierwsze wejście do wody… i przypomniał mi się właśnie ten smród. Nie wiem, czy ten staw już taki jest… czy faktycznie coś z wodociągów tam popłynęło. Wracając jednak do samego startu:
Kryzys tuż po starcie
Chyba tylko tak to mogę określić. W jednym momencie czuję się dobrze, unoszę się na wodzie czekając na start, słyszę odliczanie, załączam zegarek, 3, 2, 1… START.
Płynę, tak jak i wszyscy dookoła, pierwsze machnięcia rękoma… oddech, głowa w wodę, ruch ramion, znowu oddech, nagle brak powietrza. Ścisk, ktoś przepływa koło mnie… a ja czuję znowu brak powietrza. Staram się uspokoić, ale nie wychodzi. Nie mogę zanurzyć głowy w wodzie, czuję duży ucisk w klatce piersiowej. Powietrze nie chce wchodzić do płuc. Tętno idzie w górę, oddech jeszcze bardziej się spłyca, ogarnia mnie panika, rozglądam się za ratownikami. Wszyscy mnie mijają, zostaję mocno z tyłu, zaczynam płynąć żabką z głową w górze, byleby tylko móc nabrać powietrza. Co w tym najgorsze? To powietrze nie chce docierać! Czuję ciśnienie wody, czuję, że pianka mnie opina, duszę się. Nie umiem się uspokoić. Ciągle płytkie, szybkie oddechy i zaczynają boleć mnie płuca.
Czy się poddać?
Tak… to byłoby najłatwiejsze, jak widzę przed sobą trasę do przepłynięcia… robi mi się gorąco, brzeg widzę w odległości jakichś 50 metrów. Tak łatwo byłoby po prostu tam dopłynąć moją żabką. Jeszcze łatwiej krzyknąć do ratowników, którzy i tak kręcili się w mojej okolicy. Próbuję płynąć krytą żabką… znowu brak powietrza. Unoszę głowę do góry z poczuciem porażki. Porażki… a przecież zawody praktycznie się jeszcze nie zaczęły. Mnóstwo myśli przechodzi przez głowę, wymówek, co powiem, że mi się przytrafiło… może skurcz? Może kolka? A może coś jeszcze innego? Mam już zakrzyknąć do ratownika, ale nagle myślę o żonie… ona tam na mnie czeka. Myślę o dzieciach, mają za chwilę przyjść oglądać swojego tatę… i co ja im powiem? Wymyślę jakąś ściemę? Usprawiedliwię im się? Ok… może zrozumieją, może nie, ale ja? Ja będę znać prawdę. Będę wiedział, że się poddałem.
Decyzja: płynę dalej
Nie mogłem do tego dopuścić. Nigdy jeszcze nie byłem tak blisko by to zrobić, jednak się powstrzymałem.
Jeśli nie możesz biec, idź. Jeśli nie możesz iść, czołgaj się. Rób to, co musisz zrobić. Idź do przodu i nigdy, przenigdy się nie poddawaj.
Dean Karnazes
Powiedziałem sobie: mogę płynąć żabką? Mogę. No to płyń, Marek. Jeśli trzeba, przejdź na plecy, ale posuwaj się naprzód.
To opis mojej decyzji z tamtego dnia, a nie rada, by ignorować niepokojące objawy na trasie.
Powrót do rytmu
Chciałbym powiedzieć, że nagle wszystko ze mnie zeszło… że wróciło do normy, a ja po prostu popłynąłem dalej już normalnie przezwyciężając kryzys. Tak jednak nie było, kryzys trwał, upływające sekundy… ba, minuty tym bardziej go pogłębiały. Nie poddawałem się jednak. Wolno, bo wolno, ale przybliżałem się do końca. Obawiałem się, że skończy mi się czas (nawet nie wiedziałem czy jest jakiś limit… ale wiedziałem, że przybliża się godzina startu kolejnego dystansu). Obawiałem się, że Ola będzie zestresowana tym, co się ze mną stało (czy nie utonąłem?). Chwilami udawało mi się zrobić kilka ruchów kraulem, potem znowu niestety musiałem wracać do żabki. W końcu zobaczyłem upragniony podest i wyjście z wody… ledwo dotarłem.

Jak widać, druga grupa szykowała się już do startu.
Co wydarzyło się w wodzie?
Do dziś nie potrafię jednoznacznie nazwać tego, co wydarzyło się w wodzie. Jeśli przeżyliście podobny kryzys podczas startu, dajcie znać, jak sobie z nim poradziliście.
Pływanie kończę na 162. miejscu… szósty od końca, przy czym już tylko 3 osoby po mnie wyszły z wody. Czas 40 minut…
Okiem Oli
Stoję na brzegu i nawet nie próbuję dojrzeć, który płynie Marek. Z oddali wszyscy wyglądają tak samo. Małe, poruszające się punkciki. Dziś króluje zieleń. Nagle ktoś krzyczy i wzywa ratownika, przez chwilę nie wiem kto. Po chwili oddycham z ulgą, że dla Marka jeszcze nie wszystko stracone. Z drugiej strony i tak nie umiem powstrzymać łez. To silniejsze ode mnie. Płaczę nad czyimś niespełnionym marzeniem. Jest mi najzwyczajniej w świecie przykro, komuś się dziś nie udało.
Marek zakładał, że przepłynie w 22 minuty… po 30 minutach zaczynam więc się zastanawiać, czy przypadkiem go w tym tłumie nie przeoczyłam. Tego, że wyjdzie trzeci od końca się nie spodziewałam.
Ślad GPS z pływania
Co ten Garmin nawyprawiał? Jak na sprzęt z tej półki cenowej (tutaj: recenzja Garmin Fenix 6 Sapphire), to spisał się nie lepiej niż ja. Poniżej mapa „mojego” pływania. Przypomina bardziej ślad jazdy figurowej na lodowisku, niż pływania w jeziorze.

Na pewno nie płynąłem w idealnej linii prostej… ale to? Z nawrotami, pętelkami? Średnia wyszła nawet całkiem spoko, bo 2:04 na 100 m… tylko wg niego przepłynąłem 1816 m. Fakt, trasa była dłuższa, około 1200 m; zrozumiałbym, gdyby pokazał 1400 m… ale 1800, to chyba lekka przesada.
Wyjście z wody i droga do T1
Wychodzę i widzę Olę – od razu krzyczy coś w tym stylu: „Zapomnij o pływaniu, tego już nie ma. Teraz rower i bieg — to znasz i lubisz. Pokaż, co potrafisz”.
Ociężały zaczynam biec w stronę T1, 400 metrów, czyli jest czas na przyzwyczajenie się do innego rodzaju ruchu. Cały czas do siebie dochodzę i próbuję złapać powietrze, niestety nie do końca się to udaje (piszę to dzień po zawodach — wciąż bolą mnie płuca).

Strefa T1
Wbiegłem do strefy zmian, jest dość ciasno, ale po moim słabym pływaniu mam dużo miejsca. Szybko ściągam piankę, wskakuję w buty i biegnę z rowerem. Trasa rowerowa zaczyna się od podjazdu, Ola, widząc to, krzyczy, bym sobie jeszcze trochę podbiegł i wsiadał na prostej. Cały w emocjach tak robię, oczywiście mały problem z jednym SPD… ostatnie co słyszę to „dawaj, dawaj” — krzyczy Ola.

Silesiaman Triathlon: etap rowerowy

Trasa Silesiaman z uwagi na COVID i na horror drogowy w Katowicach, składała się z czterech pętli. Na każdej pętli były trzy nawroty — na dwóch trzeba było hamować niemal do zera — oraz dwa konkretne podjazdy. Do tego rano padał deszcz, więc asfalt wciąż jest śliski. Czuję, że łatwo nie będzie. Cały czas staram się uspokoić oddech, średnio to wychodzi gdy wchodzę na wyższe obroty kręcenia korbą.

Mimo kilku tych niedogodności, trasa jest całkiem fajna, po podjazdach przychodzą szybkie zjazdy. Jest dość szeroko i można cisnąć. W pewnych momentach ciężko zachować odpowiedni odstęp, ale na większości trasy udawało się to stosować.
Okiem Oli
Na maratony, w których Marek dotąd brał udział, zabierałam książkę i czytałam dla zabicia czasu. Triathlon jest w moim odczuciu bardziej dynamiczny, a trasa Silesiaman Triathlon sprzyjała częstszemu dopingowaniu zawodników. Na zawodach biegowych chyba łatwiej o indywidualizm. Na zawodach triathlonowych w wodzie wszyscy wyglądają tak samo, a nawet później na rowerze, trudno ich rozróżnić. Znaczenie ma też prędkość, z jaką jadą. Zanim zorientujesz się, że nadjeżdża Twój zawodnik, on zdąży Ci już uciec i na zdjęciu uwiecznić tylko jego plecy.

A przecież do zadań dobrego kibica, poza głośnym i zdecydowanym zagrzewaniem do walki, należy również robienie ciekawych zdjęć. Przez większość czasu, podczas Silesiamana stoję więc z wyciągniętą dłonią, próbując zrobić ujęcie roku, co najwyżej zmieniając tylko miejsce. Stoję raz po jednej, raz po drugiej stronie drogi, chwilę w cieniu, chwilę w słońcu. Różnorodność to podstawa.
Plan na rower
Część rowerową na Silesiaman planowałem zrobić koło 1:25. Pierwsze 5 km było najtrudniejsze, musiałem się pozbierać. To, co zrobiła Ola w trakcie wyjścia z wody było naprawdę świetne, musiałem to tylko przetrawić. Po wewnętrznym monologu i stwierdzeniu, że najgorsze już za mną, nastawiłem się na walkę o jak najlepsze miejsce.

Przez długi czas nikogo nie widziałem przed sobą, ewentualnie tych, którzy kręcili już kolejne okrążenia (ale to oni mnie mijali nie ja ich;). Pierwsze 5 km, ze średnią 29,5 km/h, było najwolniejsze. Potem się rozkręciłem.
Cały czas starałem się naciskać, nie chciałem też powtórzyć błędu z Radkowa, gdzie zawaliłem odżywianiem. Tym razem żele i cola weszły dobrze.
Realizacja planu na rowerze
Starałem się naciskać mocno na pedały, z wysoką kadencją. Jazda była bardzo dynamiczna, z uwagi na dużą liczbę zakrętów, nawrotek, zjazdów i podjazdów. Pamiętam tylko mignięcia wymijanych zawodników… i to jak mijali mnie. Cztery pętle miały ten plus, że osiem razy mijałem miejsce, w którym stała Ola. Za każdym razem mocno dopingowała i dodawała mi sił.
Do tego na trzecim okrążeniu w końcu zobaczyłem moje córki, które szły już w okolice mety, by na mnie czekać.
Poza tym… to były Katowice, moje miasto. Nie tylko rodzina mnie dopingowała 🙂 To też dodawało mi sił w trakcie jazdy rowerem czy biegu.
Pogoda się mocno zmieniła w trakcie zawodów, z rana padało, chwilę przed startem było przyjemnie pochmurno, ale bez deszczu. Z czasem, słońce coraz bardziej świeciło. W trakcie roweru dawało już się we znaki.

Wszystko poszło w miarę równo, na podjazdach zdychałem, z górki jechałem ile się dało na moim sprzęcie. Na nawrotach starałem się nie wywalić, a potem rozpędzić jak najszybciej. Trasa była trochę krótsza niż powinna, wyszło 44 km, zrobiłem to w 1:23:41 (razem z T1), samej jazdy 1:20:44 i średnia 32,6 km/h. Czyli zrobiłem to lepiej, niż oczekiwałem. Był to 74. czas tego dnia (na 160).
Strefa T2
Poszło sprawnie, jak zwykle przy towarzystwie Oli, praktycznie odprowadziła mnie pod T2 okrzykami zachęty. Raz, dwa zostawiłem rower, zmieniłem buty i ruszyłem. Tętno od razu mocno skoczyło i pokazało się 200 na liczniku… standardowo zapomniałem wyłączyć alerty w Garminie i musiałem szybko w biegu to zrobić.

Okiem Oli
Bycie kibicem to także sprawdzian własnej formy. Zdarza się, że trzeba pobiec, aby zdążyć przed zawodnikiem, który zaraz wybiegnie ze strefy zmian. Często trzeba rzucić się sprintem wzdłuż trasy, aby na ostatniej prostej dodać sił i mocy. W jeansach, czasem sukience, z torbą czy plecakiem. Nikt nie mówił, że będzie łatwo 😉
Silesiaman Triathlon: etap biegowy
Trasa biegowa również składa się z czterech pętli: w większości asfaltowych, z fragmentami kostki brukowej i ubitej ścieżki. Dość sporo zakrętów, kilka lekkich podbiegów i zbiegów. Bieganie to moja najmocniejsza strona (przynajmniej jeszcze do niedawna). Liczyłem więc na dość fajny wynik.


Realizacja planu na biegu

Nogi były już dość mocno dociążone, do tego to tętno i palenie w płucach, nie napawało to optymizmem. Temperatura mocno wzrosła i słońce prażyło. Wybiegając z T2 złapałem wodę, dwa łyki, reszta na mnie i dalej bieg. Przez mój czas z pływania, byłem w takim momencie, że mało kto w ogóle mnie wyprzedzał, głównie to ja wyprzedzałem. Było to o tyle fajne, że dodawało motywacji. Każda następna osoba była celem, a ja się do niej przybliżałem, a potem łapałem kolejny cel. Pierwsze 2 km pokonałem w tempie koło 4:25 min/km. Nie jest to dla mnie jakieś szalone tempo, jednak trud biegu już odczuwałem.

Pętle na biegu lubię, wiem czego się spodziewać, gdzie można trochę się rozpędzić, a gdzie będzie podbieg. Minusem jest to, że w zasadzie nie wiesz, wymijając kogoś, czy właśnie go wyprzedziłeś… czy jest jeszcze kółko przed tobą. Starałem się biec swoje. Równym tempem, nie cisnąć na maksa, a na tyle, by utrzymać tempo na całym dystansie.
Na każdym okrążeniu Ola mocno dopingowała, dzieci i rodzice również. Ostatnie kółko to już marzenie o piwie, którym Ola wymachiwała (dobrze słychać to na relacji z biegu na YouTube – link poniżej). Bieg kończę w średnim tempie 4:34 min/km. Czas razem z T2 to 48:58 i był to chyba 30. czas tego dnia.

Wpadam na metę i nawet nie zauważam, że ostatnie metry biegnie za mną moja córka. Siadam, a całe napięcie wreszcie ze mnie schodzi.
Zrobiłem to: wynik i najważniejsza lekcja
Mam na koncie jakieś 10 maratonów, w tym każdy poniżej 3:30, a najlepszy w 2:55. Mam za sobą dużo półmaratonów i chyba jeszcze więcej dyszek. Był to mój drugi triathlon w życiu. No i chyba były to moje najtrudniejsze zawody. Nawet nie chodzi o zmęczenie, ale o to, co zdarzyło się na początku. Jeszcze nigdy nie byłem tak blisko rezygnacji w trakcie. Jeszcze nigdy nie chciałem się tak bardzo poddać jak teraz. Nie zrobiłem tego. Dokończyłem zawody i z tego 163. miejsca po pływaniu… wylądowałem na 94. miejscu w klasyfikacji generalnej. Na pewno jestem trochę zawiedziony, liczyłem zdecydowanie na lepszą lokatę… i dwie z trzech dyscyplin poszły mi całkiem dobrze. Triathlon składa się jednak z 3… była to więc duża lekcja pokory… no i zdecydowanie wiem, nad czym muszę pracować, by następny wynik był już w 100% satysfakcjonujący.

Okiem Oli
Czy udzielają mi się emocje? Jak najbardziej. Jestem wśród ludzi, którzy mają swój wielki dzień. Niektórzy debiutują, inni walczą o życiówki. Jeszcze inni się poddają, mimo że trenowali tygodniami i wierzyli jeszcze wczoraj, że wszystko jest możliwe.
Strach? Tak — o to, czy w wodzie nie ogarnie Marka panika. O to, czy etap rowerowy nie zostanie przerwany wypadkiem, w końcu osiągane na zawodach prędkości są bardzo duże. Pod tym kątem zawody biegowe były obarczone jednak mniejszym ryzykiem i mniejszym stresem.
W krótkiej relacji na YouTube najlepiej widać emocje na trasie i wsparcie Oli.
Organizacja Silesiaman Triathlon
Jeszcze tylko kilka słów o organizacji. Wszystko było fajnie przygotowane, oznaczone, chociaż strzałki na asfalcie mogłyby być trochę większe. Kontakt z organizatorem był dobry, miałem pewne wątpliwości w czytaniu mapki :). Odebranie pakietów poszło bardzo sprawnie, tak samo nie było żadnych problemów przy rozkładaniu rzeczy w strefie zmian ani przy ich odbiorze. Do tego woda w butelkach na każdej pętli biegowej robiła robotę… Kibiców też było dość sporo, jak na dzisiejsze czasy. Za rok widzimy się znowu.
Kolejny cel
Kolejnym celem był Triminator Radków i próba poprawienia wyniku z poprzedniego roku. Tak wyglądał mój pierwszy start w tych zawodach:
Cześć
też chciałabym zadebiutować w Kato na Silesiamanie, bardzo jest głęboko?
Hej, ciężko tak naprawdę stwierdzić. Woda ma taki kolor, że przy 2 metrach dna już nie widać 🙂 zawody jednak całkiem spoko:)
[…] Do Gdyni przyjechałem już w czwartek. Był to mały błąd, bo od samego początku czułem, że w mieście panuje atmosfera wielkiego sportowego święta. Po raz pierwszy miał się odbyć start na pełnym dystansie IRONMAN, do tego 70.3 i sprint. Miasto w pełnej gotowości. Widać było ekipy przygotowujące całą imprezę. Wyzwanie logistyczne było dość spore, w końcu miało się tutaj zjechać kilka tysięcy uczestników. Zabezpieczenie tras, odbiór pakietów, strefa zmian i jeszcze wiele wiele innych aspektów wpłynęły na całokształt imprezy. Przez to wszystko w głowie już nastawiałem się na start. Pojawiały się namiastki tej euforii przedstartowej, skupienia i błądzenia myślami gdzieś w zakamarkach mózgu, pojawiał się też strach. Pierwsze zawody na dystansie 1/2, do tego pływanie w morzu. Zacząłem się zastanawiać, czy dam radę (pływanie do niedawna było moją zmorą, a „wstęp” na Silesiaman w Katowicach odcisnął na mnie ogromne piętno – o tym TUTAJ). […]
[…] tchu, ogromnym problemem okazało się to na zawodach Silesiaman w Katowicach (więcej o tym TUTAJ). Już w trakcie treningów pływackich, również miałem spore problemy. Trening wymusza […]
[…] się nadzieja, by poprawić wynik z Katowic, (z uwagi na te problemy w pływaniu -> więcej TUTAJ), nie był to jakoś specjalnie super wynik, jednak przy trasie z Radkowa mógł stanowić […]
[…] TUTAJ Garmin totalnie poległ… sprawdzian na zawodach […]